Thriller to dobre słowo opisujące to, co rozgrywa się na styku fizjologii ludzkiego ciała i sytuacji publicznych. Anna Smolar zaprasza nas na opowieść o dniu przeżytym przez ciało, rozpisaną na aktora i aktorkę oraz na dwa media: słowa i taniec.

Taniec i słowo

W warstwie słownej mamy do czynienia z pełną szczerością i otwartością. Bez owijania w bawełnę aktorzy relacjonują godzina po godzinie dzień przeżyty przez ciało ze wszystkimi jego reakcjami i fizjologią. Wiele się dzieje wewnątrz człowieka, a to, co widać na zewnątrz, często powoduje zakłopotanie i wstyd. Jednocześnie aktorzy wykonują „morderczy” taniec. Widz może zaobserwować, jak ciężkie to zadanie, jak ciało jest używane i zużywane, jak się męczy, poci i pada z wycieńczenia.

Bohaterami opowieści są aktorzy spektaklu tanecznego, którzy muszą użyć własnych ciał w pracy, by osiągnąć efekt artystyczny, ale też by zwyczajnie wykonać pracę, która daje im utrzymanie. Aktorka doznaje kontuzji, jej ciało odmawia współpracy i buntuje się, co jest problemem dla jej partnera scenicznego i komplikuje próby spektaklu.

My swoje, ciało swoje

Ciało płata figle, bo nie wszystkie reakcje możemy kontrolować, co czyni niektóre sytuacje istnymi thrillerami. Spektakl powstawał we współpracy z młodzieżą i wiele scen jest inscenizacją sytuacji, których każdy z nas się obawia w życiu codziennym, stereotypowych „koszmarów” nastolatków i nie tylko, które ziszczają się na jawie. Tego na przykład, że mama nakryje nas na masturbacji, że tampon przecieknie i będzie widać czerwoną plamę na spodniach czy że puścimy „gazy” w miejscu pełnym ludzi.

Przeżywając te sytuacje na scenie, widz może się z nimi oswoić i przeżyć „na sucho”. Siłą spektaklu Anny Smolar jest szczerość i otwartość. Młody człowiek może dowiedzieć się, że wstydliwe sytuacje zdarzają się każdemu, że wszyscy przeżywamy takie prywatne thrillery związane z naszą fizjologią i że żadna z takich kłopotliwych sytuacji nie oznacza końca świata. Wszyscy mamy ciało, a ono ma swoje prawa i potrzeby oraz pewną autonomię. Wypowiedzenie na głos słów, które są wstydliwe i trudne, może je oswoić i może zredukować lęk czy zażenowanie, bo ostatecznie okazuje się, że każdemu może się coś takiego zdarzyć. Nastolatki często duszą w sobie problemy i wątpliwości, bo boją się wyjść na śmiesznych czy dziwnych; są przekonani, że tylko im się to przytrafiło. Spektakl „Thriller” może im pokazać, że nie są osamotnieni w swoich lękach.

Lekcja akceptacji

Po drugie spektakl uświadamia nam, że ciało jest ważne w naszym życiu, że ma swoje potrzeby i że musimy o nie dbać, szanować je, bo może odmówić nam posłuszeństwa. Daje nam sygnały, że jest przemęczone, że potrzebuje oddechu, odpoczynku, czasem odosobnienia.

Bardzo ważnym aspektem przedstawienia jest kwestia czystości ciała, ciągłych starań człowieka o to, by ciało nie nosiło na sobie oznak pracy czy normalnych reakcji fizjologicznych. Czystość to temat ważny dla młodych ludzi. Ilustruje go bardzo porządne mycie skóry twarzy, głowy, odblokowywanie porów skóry, usuwanie potu, tuszowanie plamy z krwi. Kult ciała powoduje, że wszyscy chcemy być piękni i szczupli, zapominając o tym, że ciało ma też swoje ograniczenia i potrzeby, które powinniśmy zaspokajać. Musimy traktować je z szacunkiem. Droga do tego szacunku wiedzie przez akceptację ciała wraz z jego ułomnościami, nieatrakcyjną fizjologią i zmiennością.

Młodzi ludzie często mają ogromny problem z akceptacją własnego ciała. Spektakl Anny Smolar może być wspaniałą lekcją akceptacji, bo pomaga oswajać lęki związane z naszym ciałem i wyglądem. Swoją szczerością i bezpośredniością detonuje napięcia i pozwala przeżyć thriller w bezpiecznej przestrzeni teatru.

 

Autorka: Małgorzata Godlewska

“Nieposłuszne” to opowieść o zakazanym uczuciu, które pomimo upływu lat nie daje o sobie zapomnieć. Głównymi bohaterkami filmu są dwie kobiety wychowane w konserwatywnej żydowskiej społeczności. Po latach jedna z nich, Ronit, wraca do rodzinnego Londynu na pogrzeb swojego ojca rabina. Przyjechała z Nowego Jorku, w którym mieszka i tworzy jako uznana artystka. Na miejscu spotyka swoją dawną miłość znajdującą się w zgoła odmiennej od jej własnej sytuacji życiowej. Esti wyszła za rabina Dovida przygotowującego się właśnie do objęcia przewodniej roli w synagodze. Szybko okazuje się, że namiętność pomiędzy czarną (tęczową?) owcą a posłuszną żoną pomimo upływu czasu nigdy nie osłabła.

Film ukazuje tradycjonalistyczne wartości społeczności żydowskiej i dosadnie uzmysławia nam, że nie tylko w kraju nad Wisłą ludzie bywają ograniczani przez sztywny pręgież religijnych nakazów. Ekstremizm, bez względu na szerokość geograficzną, motywowany jest w końcu zawsze tym samym – lękiem przed zmianami i utratą (iluzorycznej) kontroli nad rzeczywistością. Przemoc często skrywa się pod płaszczykiem pozornie niewinnych obyczajów i rytuałów wykluczających wszystkich tych, którzy nie potrafią lub zwyczajnie nie chcą dostosować się do zakurzonych, patriarchalnych schematów.

Na poważnie

Sebastian Lelio przedstawia uczucie tytułowych bohaterek jako u podstaw proste, czyste i naturalne. Nie chce szokować widza ich namiętnością. Przewrotnie pokazuje, że tym, co powinno bulwersować, nie jest miłość dwóch kobiet, a ograniczenia nałożone na nie przez rodzinę i wspólnotę. Reżyser tworzy wyjątkową scenę seksu pomiędzy dwiema kochankami. Jest ona czuła, a jednocześnie wyraźnie erotyczna. To chyba jedyna chwila w filmie, w której bohaterki mogą być prawdziwie wolne i nieskrępowane. Oglądamy dorosłe kobiety celebrujące swoją cielesność i raz jeszcze dociera do nas siła i wielopłaszczyznowość ich uczucia, które bez wątpienia nie było jedynie młodzieńczą fascynacją czy przelotną zabawą – a tak często nasza kultura chce tłumaczyć sobie związki homoseksualne, odmawiając im tym samym poważnego traktowania.

DO – rosłość/rastanie/jrzałość 

Nieposłuszne opowiadają też o dorastaniu, choć nie jest to film o nastolatkach. Esti i Ronit pokazują, że dojrzałość do decydowania o samym sobie często jest trudnym, żmudnym i wieloletnim procesem zdrapywania z siebie warstw sztucznie wytworzonych zasad, które zakrywają nas od stóp do głów i ostatecznie czynią prawie niemożliwym dostrzeżenie, kto kryje się pod spodem. Wewnętrzna przemiana, jaką przechodzą bohaterowie, jest głęboka i oczyszczająca. Umyślnie piszę tu o bohaterach, nie tylko o bohaterkach. Mąż Esti jest drugoplanową, ale bardzo ważną postacią uwikłaną w relację pomiędzy dwoma kobietami. Reprezentuje on osobę głęboko wierzącą, która dostrzega wady opresyjnych systemów religijnych. Co więcej, sama zostaje przez nie skrzywdzona. Jest w związku z kobietą, która od lat kocha kogoś, z kim ze względu na konwenanse nie mogła wejść w trwałą relację. Dovid musi zmierzyć się z trudną prawdą o tym, że nie jest miłością życia kobiety, którą poślubił. Mężczyzna nie obraca swojego cierpienia w nienawiść przeciwko żonie. Sytuacja, w której się znalazł, skłania go do refleksji nad religią i wolną wolą. Dochodzi do wniosku, że ludzie są powołani przez Boga przede wszystkim do wolności, nie zaś do ślepego posłuszeństwa.

Nadzieja w przyszłości

Reżyserowi udaje się stworzyć happy, acz nie ckliwy czy banalny end. Nieposłuszne w szczery sposób pokazują, że historie osób LGBTQ+ i ich bliskich potrafią być bardzo bolesne i skomplikowane. Film daje jednak nadzieję na to, że przyjaźń i chęć zrozumienia potrafią być silniejsze niż zmurszałe prawa wymyślone w kompletnie innej niż współczesna rzeczywistości. Bohaterowie znajdują się w przełomowym momencie życia, w którym by ruszyć naprzód z sytuacji impasu, muszą zredefiniować, czym jest dla nich wiara, miłość, wspólnota i wreszcie – wolność. Brzmi zadziwiająco aktualnie, prawda?

Tytuł oryginału: Disobedience
Reżyseria: Sebastián Lelio
Czas trwania: 114 min.

Autorka: Magda Falińska

Lata dziewięćdziesiąte. Stolica Francji, miasto z niemałą tradycją społecznego wrzenia. Poznajemy Act Up-Paris – organizację skupiającą działaczy i działaczki reprezentujących interesy osób zakażonych HIV i chorych na AIDS. Jak wyobrażacie sobie pracę tej grupy aktywistów? Zastanówcie się przez chwilę. Wszyscy mają te same poglądy? Drżącym ze wzruszenia, acz pewnym swoich racji głosem wygłaszają natchnione przemowy z niezachwianym przekonaniem, że oto za moment zmienią świat? W ich oczach błyszczy duma, a po zakończonym spotkaniu rozchodzą się do domów przepełnieni poczuciem sprawczości? Takie bajki to tylko w legendach o rycerzach okrągłego stołu i popowych narracjach opisujących Misjonarki Miłości.

Nie będzie słodko

Reżyser Robin Campillo już w pierwszych minutach swojego filmu pokazuje, że w “120 uderzeniach serca” nie będzie tworzył członkom paryskiego Act Up hagiografii. Będzie pot, krew, imprezy techno i łzy. Kłótnie – te konstruktywne, prowadzące do wypracowania wspólnych postulatów, ale i te zasadzające się na gruncie prywatnych antypatii. Członkowie grupy są solidarni, jednak to nie przeszkadza im w posiadaniu odmiennych wizji działania. Łączy ich przyjaźń, ale na pewno nie ta z gatunku cukierkowych i prostych. Akcje uliczne (niekiedy trwające tylko kilka minut) są zwieńczeniem wielogodzinnych, wyczerpujących przygotowań, a wspólny cel to dopiero zaczyn do dyskusji, nie remedium na każdą różnicę zdań.

Siłacze i siłaczki

Oglądamy kontestujących konwenanse ludzi, którzy ani myślą ukrywać się ze swoją chorobą lub kogokolwiek za nią przepraszać. Nie chcą wegetować i godzić się na rzeczywistość, w której rząd i społeczeństwo są głusi na ich problemy. AIDS nie odebrało im podmiotowości – krzyczą głośno, tańczą do utraty tchu, swoją energią i zapałem buntując się przeciwko stereotypowi bezsilnego, pogrążonego w depresji nosiciela HIV. Niektórzy z nich słyszą za plecami tykanie zegara spowodowane świadomością rozwijającej się w ich ciałach choroby. AIDS współuczestniczy w życiu Act Up przez cały czas – jest obecne na edukacyjnej akcji w liceum i podczas rozmów z przedstawicielami farmaceutycznych korporacji. Bawi się z aktywistami na imprezie w klubie i towarzyszy dwójce zakochanych bohaterów podczas zbliżenia, wyrywając ich na chwilę z objęć, kiedy trzeba zadbać o zabezpieczenie.

Miłość w czasach AIDS

Miłość tej pary jest zresztą w filmie niezwykle znacząca i namacalna. Paradoksalnie wcale nie gaśnie w momencie osłabienia ciała. Z ekstazy boleśnie, acz płynnie przeradza się w troskę o ukochaną osobę w obliczu jej cierpienia. Wraz z rozwojem tej relacji rozwija się też choroba, a prywatność bohaterów kolejny raz splata się ścisłym ściegiem z tematem ich, niedającej o sobie zapomnieć, działalności społecznej. Jak w sławnym feministycznym haśle – to, co prywatne, jest polityczne. Pokazanie intymności, seksualności, życia osobistego i szczerych, niepohamowanych emocji może być aktem emancypacji. Campillo jest tego doskonale świadom.

Żeby potem było lepiej

Rzeczywistość widziana z perspektywy jednostki pokazuje bez porównania więcej prawdy o realiach choroby niż jakiekolwiek szpitalne statystyki i pozwala dostrzec w chorym człowieka, a nie jedynie bezimienne hasło wyjęte ze słownika medycznego. Od czasów przedstawionych w filmie minęło trzydzieści lat. Dzisiejsza sytuacja osób zakażonych HIV jest lepsza niż tych żyjących w latach dziewięćdziesiątych, dla których choroba była często naznaczonym wieloma społecznymi stygmatami wyrokiem. Śmierć aktywistów, którzy nie maskowali prawdy o tym, na co tak naprawdę są chorzy (a wręcz przeciwnie, wystawiali swój ból na widok publiczny), przyczyniła się do polepszenia sytuacji osób zakażonych wirusem. Dzięki nim temat AIDS został zauważony i potraktowany poważniej.

HIV & Life Positive

Filmowi aktywiści Act Up-Paris na co dzień mierzyli się z epidemią, jednak to wcale nie ona, a szalone, gorące, rozpaczliwe wręcz pragnienie życia jest głównym tematem tego filmu. Campillio stworzył opowieść o ludziach, którzy zdecydowanie nie mają nad głową aureol, a mimo to na ich widok przyśpiesza nam serce. Co za niezwykły chichot historii – seropozytywni członkowie społeczności LGBTQ+ głoszą świecką nowinę o tym, że poświęcenie w imię wartości, w które szczerze się wierzy, nie idzie na marne, a wręcz przeciwnie – daje nadzieję i realnie zmienia bieg zdarzeń.

Tytuł oryginału: 120 battements par minute
Rezyseria: Robin Campillo
Czas trwania: 140 min.

Autorka: Magda Falińska

Po co nam kolejna komedia romantyczna o nastolatku poszukującym swojej własnej drogi i przeżywającym miłosne rozterki? Czy aby Hollywood nie przekarmiło nas tego typu obrazkami przez ostatnie dziesięciolecia? “Twój Simon” różni się od przeciętnego licealnego romcomu właściwie tylko jednym szczegółem – główny bohater jest gejem. Może zareagujecie na tę informację beznamiętnym komentarzem, że to żadna rewelacja, przecież żyjemy w XXI wieku i bycie homoseksualnym to żaden nowy albo szokujący temat w kulturze czy mediach. Uwierzcie jednak, że znajdą się też tacy, którzy na wieść o filmie dla nastolatków, którego osią jest gejowska historia miłosna, obleją się pitą właśnie kawą. Bez względu na to, do której grupy należycie, nasza edukatorka Magda Falińska pokaże Wam, dlaczego premiera tego filmu jest sporym wydarzeniem.

Sielanka, ale…

Fabuła rozpoczyna się w momencie, gdy poznajemy głównego bohatera – Simona. Pozornie jest on niczym niewyróżniającym się nastolatkiem, który wolne chwile spędza z przyjaciółmi i zgraną rodziną. Jego życie jest, wydawać by się mogło, proste i beztroskie, jednak jak to zwykle bywa, w idealnym obrazku szybko pojawia się pewne „ale”. Otóż Simon nie potrafi przyznać, że jest gejem, a trzymanie w sobie tego sekretu zaczyna doskwierać mu coraz bardziej. Niespodziewanie ktoś z jego szkoły, ukrywający się pod pseudonimem Blue, publikuje na licealnej stronie internetowej anonimowy post o tym, że jest homoseksualnym chłopakiem. Simon odpowiada na to wyznanie i tak zaczyna się wirtualna znajomość, podczas której zarówno główny bohater, jak i my, widzowie, będziemy zastanawiać się, kim tak naprawdę jest tajemniczy autor postu. Relacja dwojga nastolatków zacznie się rozwijać i to wokół niej oraz decyzji Simona, czy dokonać coming outu, toczyć się będzie akcja filmu.

Chłopak zapewne domyśla się, że jego najbliższe otoczenie w pełni zaakceptowałoby go takim, jakim jest. Jego znajomi są tolerancyjni, a rodzice podzielają równościowe, liberalne poglądy (dla przykładu – mama nastolatka w wolnych chwilach zajmuje się przygotowywaniem antypatriarchalnych transparentów na organizowane przez siebie manifestacje). Zdaje się, że dla Simona największym problemem nie jest to, co powiedzą inni, ale wyznanie przed samym sobą, jakiej jest orientacji, i zaakceptowanie jej.

Aż tak gejowski to nie jestem!

W tym miejscu film dotyka bardzo ważnego zagadnienia, jakim jest stereotypizacja osób homoseksualnych. Popkultura mówi gejom, jak być gejem, nie zostawiając im miejsca na zbudowanie własnej tożsamości opartej na czymś więcej niż orientacja czy gender (nota bene ten mechanizm działa również wśród innych mniejszości oraz wśród kobiet). W filmie oglądamy na przykład scenę rodem z musicalu, w której Simon wraz z grupą pstrokato ubranych nastolatków tańczy do radosnej choreografii w rytm piosenki Whitney Houston. Szybko okazuje się, że wydarzenie to było tylko snem. Chłopak budzi się, wzdrygając, i dodaje, że aż tak gejowski to jednak nie chce być. Simonowi trudno jest zaakceptować swoją orientację, ponieważ kompletnie nie identyfikuje się z wyobrażeniami na temat tego, jak powinien zachowywać się, wyglądać czy mówić gej. Nastolatek zauważa, że robi mu się w życiu jakoś nieznośnie ciasno, coś zaczyna go uwierać i separować od najbliższych, a uczucie to staje się coraz bardziej uciążliwe. Będzie on musiał nie tyle wyjść z szafy, co uświadomić sobie, że naprawdę jest w niej zamknięty.

Krok naprzód

Przyznam, że film ma też swoje wady. Pokazuje zamożnych, uprzywilejowanych licealistów, w których świecie nie istnieje rasizm czy problemy finansowe. Szkoła i okolica, w której wychowują się bohaterowie filmu, wyglądają jak typowa sielanka. Co tu dużo kryć – to dość przekłamana panorama amerykańskiego społeczeństwa. Film pod tym względem nie różni się jednak zbytnio od innych obrazów ze swojego gatunku. W podretuszowanej konwencji kręci się przecież większość komedii romantycznych w Stanach. Mimo wszystko to, że mamy do czynienia z kasowym filmem opowiadającym historię nastolatka-geja, jest dużym krokiem naprzód i pewnego rodzaju plusem tej produkcji. Film normalizuje związki jednopłciowe, poszerza widoczność osób LGBTQ+ i daje im swoją reprezentację w przepastnej rodzinie nastolatkowych filmów z USA. A wszystko to pod skrzydłami potężnego studia nagraniowego zapewniającego naprawdę duże zasięgi i dotarcie do ogromnej liczby widzów.

Homoseksualiści wprawdzie pojawiali się już w mainstreamowych filmach, jednak często ich rola ograniczała się do bycia kolejnym modnym dodatkiem do życia wielkomiejskiej kobiety (tuż obok karmelowej, bezlaktozowej latte i bajecznych butów od Manolo Blachnika). Simon natomiast dostaje cały film dla siebie. Narracja osnuta jest wokół jego emocji i uczuć, a on sam zostaje sportretowany w pierwszej kolejności jako młody człowiek szukający swojej drogi i tożsamości, a dopiero potem jako gej. To ważne, bo ile to już razy widzieliśmy na ekranach postaci homoseksualistów, których zamiast charakterem scenarzyści obdarowali zlepkiem stygmatyzujących zachowań będących niczym innym jak zbieraniną pseudozabawnych wyobrażeń na temat geja?

Happy end czy happy beginning?

Urocza i niezbyt dramatyczna fabuła jest niewątpliwym plusem tego filmu. W “Twoim Simonie” pojawiają się problemy i zmagania z rzeczywistością, jednak znajdziemy tu też lekkość i szczęśliwe zakończenie. O ile jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że hollywoodzkie kino często oferuje nam happy end, mało kiedy jest on udziałem osób LGBTQ+. Obrazy portretujące homoseksualistów w kinie często pokazują tragiczne historie, wielkie zawody miłosne, napiętnowania lub samobójstwa. “Twój Simon” daje nadzieję, że wyjawienie prawdy o swojej orientacji niekoniecznie musi wiązać się z traumą i rodzinnymi dramatami. Oczywiście życie osób LGBTQ+ w dzisiejszych czasach jest bez wątpienia skomplikowane i okupione zmartwieniami, które ich hetero znajomym trudno sobie wyobrazić. Mimo to warto pokazywać, że nie musi ono być nieznośne od początku do końca, a pozytywne scenariusze naprawdę są możliwe.

“Twój Simon” to zwykły-niezwykły film dla nastolatków. Pozornie składa się z tych samych elementów, co każdy high school movie – są tu imprezy, szkoła, pierwsza miłość i pierwsze poważne kłótnie z przyjaciółmi. Film ma wzruszać i pokazywać, że nie wszystko zawsze będzie łatwe, ale bez względu na to i tak warto jest się starać. Jedyną (a jakże znaczącą) różnicą jest fakt, że na pierwszy plan wychodzi nastolatek, który zawsze był gdzieś tam w grupie licealistów w oglądanych przez nas młodzieżowych romcomach, ale z jakiegoś powodu nie zostawał zauważony. Dziś w końcu przestaje być bezimienny i dostaje szansę na opowiedzenie swojej własnej historii. Wspaniale, że tak dużo osób będzie mogło ją poznać.

Tytuł oryginału: Love, Simon
Reżyseria: Greg Berlanti
Premiera PL: 15 czerwca 2018
Czas trwania: 110 minut

Autorka: Magda Falińska

Jest rok 2015 a w Stanach Zjednoczonych właśnie zalegalizowano małżeństwa jednopłciowe. Poznajemy dwie zupełnie inne, acz zaprzyjaźnione pary – Grace i Roberta – białych anglosaskich protestantów oraz Frankie i Sol’a – żydów z zamiłowaniem do hippisowskiego stylu życia. Wraz z rozpoczęciem akcji serialu, kobiety dowiadują się, że ich mężowie od dłuższego czasu mają romans.

W zaistniałych politycznie okolicznościach nie zamierzają oni dłużej kryć się ze swoim uczuciem, co więcej, postanawiają swój związek zalegalizować. Splot wydarzeń doprowadza do sytuacji w której zasadnicza Grace i lekkoduch Frankie zamieszkują razem w letnim domu nad morzem. Dzieli je niemal wszystko, ale stopniowo zaczynają zauważać, że (tak jak w przypadku ich ex-mężów), rację ma stare porzekadło o przyciąganiu się przeciwieństw. Kalifornia, piękne plaże, dwie atrakcyjne, czubiące acz lubiące się kobiety, złamane serca i pierwsze randki po rozwodzie. Brzmi jak fabuła typowego amerykańskiego sitcomu? Ach, zapomniałam dodać, że te dziewczyny mają po 70 lat.

Wibrator dla seniorek?

Oglądamy, jak dwie seniorki zmagają się z nową, skomplikowaną sytuacją życiową i … rozkręcają własne biznesy. Wprowadzają do sprzedaży lubrykant dedykowany kobietom mającym problemy z suchością pochwy i projektują wibrator dla seniorek. Starsze panie i takie tematy? Nie powinny oby w tym czasie niańczyć wnuków i piec ciasteczek dla całej rodziny? Frankie i Grace pokazują, że na ekranach naszych telewizorów i laptopów, potulne babcie w fartuszkach nagotowały się już wystarczająco.

„W takim wieku” nie przystoi?

Historie dojrzałych kobiet przez dziesięciolecia umieszczane były w (pop)kulturowych narracjach jedynie jako tło do przedstawienia losów młodych. Wydaje wam się to nieco naciągane? Przykładów dyskryminacji kobiet ze względu na dojrzał wiek nie trzeba szukać daleko. Szybki przykład – nie raz słyszałam żarciki z Madonny i opinie, że w „takim wieku” to już nie przystoją kocie ruchy i wyzywające teksty piosenek. Spotkaliście się kiedyś z sytuacją w której ktoś w podobnym duchu komentowałby koncerty Micka Jaggera? Na marginesie dodam, że rockman jest piętnaście lat starszy od wyżej wymienionej.

Śmiać się, kochać, być niedorzecznym, planować i działać

Ze stereotypem statecznej, dojrzałej kobiety świetnie rozprawia się „Grace i Frankie”, który początkowo zdaje się być po prostu ciekawym i zabawnym serialem. Cóż, pod przykrywką czystej rozrywki kryje się jednak znacznie więcej niż zgrabnie napisany scenariusz i świetna obsada aktorska. To wielopłaszczyznowa historia o akceptacji, redefinicji pojęcia rodziny, trudnym, ale i pięknym siostrzeństwie. Przede wszystkim jednak, obraz ten oddaje seniorkom ich podmiotowość, pokazując zarówno starszym jak i młodszym pokoleniom, że bycie babcią nie kończy się na serwowaniu pysznych obiadków i ciągłym bieganiu do rejonowej przychodni z bólem biodra. Oczywiście, to także jest rzeczywistością niektórych seniorek, ale nie rzeczywistością jedyną. W podeszłym wieku nadal można śmiać się, kochać, być niedorzecznym, planować i działać – być kompletną osobą. I o tym właśnie jest ten serial.

Tytuł oryginału: Grace and Frankie
Twórcy: Marta Kauffman, Howard J. Morris
20015 –

Autorka: Magda Falińska

Oskary zostały rozdane i nikt nie ma już wątpliwości, co o Moonlight sądzi Akademia. Często spotykam się z komentarzami widzów, którzy twierdzą, że film ten zdobył statuetkę w Hollywood, ponieważ porusza tematy idealnie wpasowujące się w gusta amerykańskiego jury.

Banalna historia?

Mamy tu przecież Afroamerykanina, geja, chłopaka z tak zwanej „złej dzielnicy” oraz ofiarę przemocy domowej i handlu narkotykami. Żeby było jeszcze lepiej, wszystkie te role ucieleśnia jeden bohater. Rzec by można – banał. Napisany, by szokować, wzruszać i zgarniać szereg nagród – czyli to, co za wielką wodą lubią najbardziej. Nie wiem, czy osoby wygłaszające takie opinie o Moonlight, w ogóle film ten widziały. Śmiem sądzić, że nie. Ja mam wręcz odwrotną opinię na temat tego obrazu – uważam, że historia ta jest wyjątkowa właśnie dlatego, że została pokazana bez tak często zarzucanej jej pretensjonalności.

Kino przez wiele lat nie pokazywało nam takich postaci jak Chiron, protagonista Moonlight. Zwykle podobnych mu bohaterów oglądaliśmy na wielkim ekranie z perspektywy białych i heteroseksualnych przedstawicieli klasy średniej lub wyższej. Niemajętni Afroamerykanie byli ich służącymi, niańkami ich dzieci, a nader często sprawcami przestępstw i mówiąc najogólniej – różnorakich kłopotów. Podążając za okiem kamery patrzyliśmy na nich z góry. Jeśli nie karcąco, to przynajmniej z lekkim pobłażaniem. A jak przedstawiane są osoby niewpisujące się w heteronormatywne normy, na przykład geje, którym przytrafiło się być Chironowi? W wielu filmach i książkach powielane są stereotypy, w których gej jest dziwakiem niedostosowanym do panujących norm lub też rozpustnikiem żyjącym z HIV – kimś więc, kogo należy się bać. Często obserwujemy ich też w roli zabawnych, radosnych i kolorowych imprezowiczów, przyjaciół kobiet z wielkich miast. W takim wypadku są więc kimś uroczym i pozytywnym, ale czy obrazy te traktują ich poważnie?

Miłość i akceptacja

Mniejszości zbyt często pokazywane są jako dodatek do życia większości, ciekawe kurioza urozmaicające akcję filmu. W Moonlight sytuacja ta zostaje odwrócona. O ile nie zgodzę się z opinią, że jest to homoseksualny manifest (bo i takie pojawiają się komentarze), o tyle zdecydowanie uważam, że film ten manifestem nazwać można. Dlaczego? Ponieważ pokazuje prawdziwe emocje prawdziwych ludzi. Takich, którym zbyt często przemysł filmowy odbierał podmiotowość i prawo głosu. Opowiada historię trudnego dorastania, nie oceniając i nie stawiając sądów. Pokazuje bez zbędnej pompatyczności, że pomimo wielu różnic wszyscy tak naprawdę potrzebujemy tego samego – akceptacji i miłości.

Człowiek, a nie etykietki

Moonlight porusza tematykę genderową, ale w najlepszy z możliwych sposobów – przezroczyście. Reżyser nie podkreśla na każdym kroku ‘oglądacie geja!’. Pokazuje Chirona jak niezwykłego-zwykłego bohatera. Nie robi z jego homoseksualizmu show. Zaciekawia nas jego historią, nie orientacją. Przede wszystkim – pokazuje nam człowieka, a nie etykietki. W przeciwieństwie do twórców filmu nie umiem zgrabnie uniknąć patosu i muszę szarpnąć się na duże słowa. Bardzo cieszę się z Oskara dla Moonlight, bo oznacza on, że zaczynamy w końcu na większą skalę dostrzegać, że uczucia i emocje nie mają koloru, klasy ani orientacji. Skala ich barwy jest niezwykle szeroka, ale wszyscy mamy takie same prawa do ich doświadczania i opowiadania o nich. Więc tak, jest to manifest, ale nie gejowski, a humanistyczny.

Tytuł oryginału: Moonlight
Reżyseria: Barry Jenkins
Czas trwania: 111 minut
Premiera w Polsce: 2.09.2016

Autorka: Magda Falińska

Dawno, dawno temu, w krainie za paroma rzekami, wieloma pagórkami i jednym morzem, surowe rządy sprawowała Żelazna Dama. Bezwzględna wobec sprzeciwu władczyni, skinieniem palca ukrócała wszelkie przejawy buntu przeciwko jej woli. Pewnego dnia Ludzie Podziemia postanowili jednak, że dłużej nie dadzą sobą pomiatać. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień ich sytuacja stawała się coraz cięższa. Niespodziewanie z pomocą przybyła im grupa tęczowych sprzymierzeńców, których nigdy nie podejrzewaliby o wsparcie. Dzięki wzajemnej pomocy i przełamaniu uprzedzeń, obydwie grupy osiągnęły swoje cele i żyły znacznie, znacznie szczęśliwiej.

Brzmi jak banalna bajeczka dla naiwnych dzieci, prawda?

Otóż już spieszę z wyjaśnieniami. Choć cała historia wydaje się być nieprawdopodobną, przydarzyła się naprawdę i to wcale nie tak dawno temu i nie tak daleko stąd.

Jest rok 1984.

W Wielkiej Brytanii górnicy postanawiają rozpocząć strajk przeciwko godzącym w nich decyzjom Margaret Thatcher. Ogół społeczeństwa zdaje się zbytnio nie przejmować ich losem, jednak znajduje się inna dyskryminowana mniejszość, która decyduje się stanąć po stronie protestujących. Jest nią lokalna społeczność LGBT. Z jednej strony mamy więc konserwatystów z prowincji, wyznających tradycyjne wartości i spędzających całe dnie na fizycznej pracy. Z drugiej – zaczytanych w książkach mieszczuchów, głoszących postępowe ideały i tańczących do utraty tchu w bajecznie kolorowych klubach. Co mają ze sobą wspólnego te dwie grupy? Na dobrą sprawę – nic. Cóż, nie od dziś wiadomo jednak, że nic nie jednoczy tak, jak wspólny wróg.

Pride to film w którym ważne społecznie treści przeplatają się z wytrawnym, angielskim humorem a całość spowita jest melodiami artystów takich jak Morrissey czy Freddie Mercury. Zwykle obrazy pokazujące ważne zdarzenia z przeszłości opowiadane są z perspektywy wielkich, sławnych przywódców lub też ludzi z którymi każdy z nas może się utożsamić, przysłowiowych everymanów . W tej produkcji schemat ten zostaje odwrócony. Oglądamy lesbijki i gejów, których przeciętny odbiorca zwykle nie utożsamia z poważnym zaangażowaniem politycznym. Grupa ta pokazana jest w zróżnicowany sposób – poznajemy bohaterów z krwi i kości, dalekich od często powielanych stereotypowych kalek. Dajemy się wciągnąć w tę historię i szybko orientujemy się, że wcale nie jest to film o szwarnych i dzielnych homoseksualistach, w słusznej sprawie przełamujących lody z górnikami. To po prostu uniwersalna opowieść o równości. O siostrzeństwie i braterstwie realizujących się ponad podziałami płci, klasy, wieku lub orientacji seksualnej. W końcu jeśli mówimy o wartościach podstawowych, takich jak poszanowanie godności drugiej osoby, jakie znaczenie ma to skąd pochodzimy, jaki kolor ma nasza skóra lub jakiej płci osoby sprawiają, że szybciej zaczyna bić nam serce?

Czasy się zmieniają a każda z epok potrzebuje swoich ikonicznych narracji. Wygląda na to, że Brytyjczycy postanowili postawić dziś na dumę, a uprzedzenia na dobre odstawić do lamusa.

Tytuł oryginału: Pride
Reżyseria: Matthew Warchus
Wydawnictwo: BBC Films
Rok: 2014

Autorka: Magda Falińska

Grupa Edukatorów Seksualnych „Ponton” objęła matronatem spektakl Teatru Wolandejskiego „Przebudzenie wiosny” na podstawie napisanej w 1891 roku sztuki Franka Wedekinda. To naprawdę wstrząsające, że tekst napisany ponad sto lat temu pozostaje tak bardzo aktualny.

Niewiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie

Spektakl opowiada historie kilkorga młodych ludzi, których łączy przede wszystkim niewiedza; wchodzą właśnie w okres dojrzewania, ale nie mają z kim porozmawiać o swoich troskach i problemach. Jest to codzienność, z którą edukatorzy i edukatorki stykają się na co dzień w swojej pracy – wiemy, że młodzi ludzie mają mnóstwo pytań odnośnie do swoich ciał i relacji z rówieśnikami, ale nie mają komu tych pytań zadać. W sztuce główna bohaterka, Wendla, próbuje spytać matkę, skąd się biorą dzieci, i słyszy… historię o bocianie. Matka jest dogłębnie zawstydzona tą rozmową i przekazuje ostatecznie jakieś banały, które, co sama przyznaje, usłyszała wcześniej od własnej matki: „nie postąpię inaczej niż moja matka ze mną”. W ten sposób zamyka się błędne koło, w którym wiele rodzin trwa do dzisiaj; rodzice nie umieją ze swoimi dziećmi rozmawiać o seksualności, rozpoczynają te rozmowy za późno i nie przekazują rzetelnej wiedzy.

Jak to działa?

Sztuka porusza także temat seksualizacji; mogło by się wydawać, że to jest nowe zjawisko, nieobecne sto lat temu. Widać jednak wyraźnie, że młode osoby już od najmłodszych lat są otaczane seksem, którego jeszcze nie rozumieją. Są poddawane presji rówieśniczej, ale także dorosłych, przez których mogą zostać uwiedzeni; są w tym wszystkim szalenie samotni i nie mają gdzie szukać wsparcia. Obecnie dodatkowym zagrożeniem staje się dostępna jak nigdy wcześniej pornografia – niekiedy młodzi ludzie próbują odnaleźć w niej odpowiedzi na nurtujące ich pytania, po czym próbują to, co zobaczą, naśladować, nie rozumiejąc, że seks przedstawiony w filmach nie jest prawdziwy.

„Przebudzenie wiosny” pokazuje, że osamotnienie młodych ludzi, brak rzetelnych źródeł wiedzy, nieumiejętność rozmawiania o trudnych tematach i protekcjonalne podejście dorosłych tworzą prawdziwie groźną mieszankę. W zasadzie nie znajduje się tam żadna pozytywna historia; wszystkie kończą się smutno.

Dawno, dawno temu…?

Poruszające jest to, że chociaż sam tekst nie został poddany językowemu uwspółcześnieniu, to wystarczyło dodać trochę współczesnych rekwizytów, współczesną muzykę, aby dać publiczności poczucie, że to nie są abstrakcyjne opowieści sprzed wieku, ale wyjątkowo aktualny temat, a poruszane problemy – gwałt, presja, edukacja seksualna, komunikacja, aborcja – są palące również w obecnym polskim społeczeństwie.

Adaptacja i reżyseria: Leszek Spychała
Premiera: 16 lipca 2016
Czas trwania spektaklu: 70 minut
Teatr Wolandejski

Autorka: Finka Heynemann

Historia przedstawiona w filmie początek ma na jednej z licealnych imprez, na którą udaje się 15-letnia główna bohaterka ze swoją – jak sądzi – najlepszą przyjaciółką. Na małej domówce urządzonej w domu kolegi pojawia się alkohol, z którym Rehtaeh nie ma jeszcze zbyt dużego doświadczenia. Nietrudno się więc domyśleć, że wypicie kilku porcji wódki z plastikowego kubeczka powoduje u niej fatalne samopoczucie, wymioty i utratę świadomości. W międzyczasie koleżanka wychodzi i zostawia nieprzytomną i wymiotującą dziewczynę z kolegami, którzy wykorzystując stan upojenia nastolatki odbywają z nią kilka stosunków seksualnych. Rehtaeh wraca do domu, zwierza się z koszmarnej przygody rodzicom i ma nadzieję, że wspólnie poszukają pomocy – całą rodziną udają się na policję, gdzie składają zeznania. Niestety, sprawy nie toczą się tak, jak powinny – policja sprawia wrażenie, jakby wcale nie chciała pomóc dziewczynie. Po szkole zaczyna krążyć filmik dokumentujący koszmarną noc Rehtaeh, nakręcony przez jednego ze sprawców. Dziewczyna popada w coraz większą depresję, pomimo ogromnej pomocy ze strony rodziców uparcie powtarza próby samobójcze, aż wreszcie odbiera sobie życie.

Bohaterami filmu są rodzice Rehtaeh i dziennikarka lokalnej prasy zaangażowana w sprawę. Nikt z nich nie ma wątpliwości, że do dramatycznego zakończenia tej historii oprócz sprawców gwałtu przyczynili się też opieszali policjanci i okrutna społeczność szkolna, która nie szanowała prywatności swojej koleżanki i rozpowszechniała kompromitujące ją wideo bez jej zgody. Bohaterowie reportażu zadają sobie cały czas te same pytania – dlaczego tak okrutny czyn jak gwałt na nieprzytomnej nastolatce uszedł chłopcom na sucho? Dlaczego koleżanka, którą Rehtaeh uważała za przyjaciółkę, nie pomogła jej w sytuacji zagrożenia, doskonale wiedząc, co się może wydarzyć? I wreszcie – dlaczego tak niewiele osób stanęło w obronie skrzywdzonej dziewczyny?

Film może być świetnym pretekstem do dyskusji z młodzieżą gimnazjalną i licealną o prawach seksualnych, m. in. wymogu świadomej zgody na aktywność seksualną, prawie do prywatności, zakazie rozpowszechniania materiałów foto i wideo ukazujących kogoś w negatywnym świetle, mowie nienawiści, cyberbullingu i slutshamingu. Dokument nie zawiera brutalnych ani erotycznych scen, wulgarnego języka i może być pokazywany w szkołach.

Tytuł oryginału: No place to hide. The Rehtaeh Parsons Story
Reżyseria: Rama Rau
Czas trwania: 48 min.

Autorka: Ada Kamińska

Kolejny film dokumentalny poruszający temat przemocy seksualnej. Tym razem jednak spojrzenie na sprawę jest szersze – bazując na osobistych doświadczeniach bohaterek, film próbuje przedstawić skalę problemu gwałtów na amerykańskich kampusach uniwersyteckich. Widz słyszy osobistą, bardzo poruszającą historię bohaterki, dla której studia miały być spełnieniem marzeń, a okazały się trudną ścieżką wymuszonego seksu, niezrozumienia i braku pomocy. Pierwsze wrażenie jest jednak niczym w porównaniu z szokiem, jaki przeżyć można dowiadując się, jak popularny jest taki scenariusz! Autorzy dokumentu twierdzą, że ofiarą gwałtu pada jedna na pięć amerykańskich studentek.

Co zaskakuje najbardziej, to zmowa milczenia, którą stosują uczelnie wyższe. Nikt nie chce się wyłamać i spaść z pozycji lidera w rankingu najbezpieczniejszych kampusów; zgłaszane przypadki napaści seksualnych są więc marginalizowane i kamuflowane. W ten sposób ofiary dotyka podwójna stygmatyzacja – po pierwsze są ofiarami gwałtów, a po drugie w oczach innych studentów i kadry akademickiej zostają kłamcami, które próbują oczerniać „niewinnych” kolegów.

Aktywistki działające na rzecz pomocy ofiarom przemocy seksualnej to w większości dziewczyny, które same kiedyś zostały skrzywdzone. Podkreślają, że przemoc nie zna rozróżnienia na płeć – ofiarami padają też młodzi mężczyźni. Każdej skrzywdzonej osobie zapewniają ogromne wsparcie i zrozumienie, czyli to, czego nie znajdzie się na uczelni, ani w akademiku. Działaczki walczą wszelkimi dostępnymi sposobami, aby przerwać zmowę milczenia i aby sprawców czekała adekwatna do ich występków kara.

Film zawiera sporo danych statystycznych obnażających, w jaki sposób uniwersytety tuszują przypadki molestowania seksualnego na kampusach. Bohaterkami są aktywistki na rzecz pomocy ofiarom i studenci i studentki, które padły ofiarą gwałtu. Ciekawą postacią jest też były pracownik straży uniwersyteckiej, który zmuszony był zrezygnować z pracy, ponieważ nie godził się na jawną podwójną wiktymizację ofiar i hołubienie sprawców przemocy (często oprawcami są bohaterowie szkolnych drużyn sportowych). Świetny materiał do pracy z pedagogami, nauczycielami szkół gimnazjalnych i licealnych oraz wszelkimi osobami, do których mogą zgłaszać się po pomoc ofiary przemocy seksualnej. Film nie zawiera brutalnych scen, pokazuje za to kilka opowieści napastowanych dziewczyn o tym, co je spotkało, co również może mieć wydźwięk dydaktyczny dla osób pracujących z młodzieżą.

Tytuł oryginału: The Hunting Ground
Reżyseria: Kirby Dick
Czas trwania: 103 min.

Autorka: Ada Kamińska